Miałam ochotę na coś lekkiego i niemłodzieżowego ani dziecięcego. Chciałam się odprężyć i poleniuchować mentalnie, bo przede mną kilka powieści cięższego kalibru. Sięgnęłam zatem po Kruszewską, bo pamiętałam z wakacji, gdy czytałam jej pierwszą powieść "Aby do mety" , że była to pozycja lekka i niewymagająca wysiłku. I rzeczywiście nie zawiodłam się. Tym razem mamy do czynienia z historią młodej kobiety, już nie podlotka, która nieoczekiwanie i wbrew planom zachodzi w ciążę. Matylda jest kobietą sukcesu: robi karierę, idzie jak burza w wyścigu szczurów, ma chłopaka, z którym prawie mieszka i z którym planuje przyszłość, ale jeszcze nie dziś, bo muszą osiągnąć cel zawodowy, finansowy, towarzyski. Tylko że w niej zaczyna rosnąć nowe życie i nie pyta ich o zdanie i czy dobry moment sobie wybrało. W sumie książka jest lepsza, niż ta poprzednia, bo autorka dopracowała kilka rzeczy - już nie przebiega powierzchownie nad istotnymi problemami, aczkolwiek jeszcze kilka rzeczy wymaga dopracowania. Postać młodszej siostry głównej bohaterki świetnie ubarwia karty powieści, bo inaczej wszyscy byliby słodcy aż do obrzydzenia. Gdyby nie Weronika (fałszywa przyjaciółka) i Karolina (młodsza siostra egoistka), Matylda miałaby wokół siebie same ideały. A tak przecież nie jest. Życie to nie bajka. Wolałabym co prawda, żeby te siostry nie były takie akuratne i żeby tak łatwo nie rozumiały swoich błędów. Walka między rodzeństwem zazwyczaj nie przebiega tak łagodnie. Mimo to powieść czyta się lekko i jednocześnie nie traktuje ona o byle czym. Rzetelne czytadło na długie wieczory. Dla odprężenia i oderwania się od trudów dnia codziennego.
|